You are on page 1of 37

BLIZZARD ENTERTAINMENT

Hellscream
Robert Brooks

Cz Pierwsza
Garrosh uwanie obserwowa krajobraz Nagrandu. Przez wiele dni na horyzoncie nie
pojawi si ani jeden zwiadowca Wojennej Pieni. Zreszt, po co miaby si pojawia? To
wzgrze znajdowao si na granicy terytorium klanu, a w czasach pokoju nie byo sensu
wysya tutaj zwiadu. Najazdy Ogrw nadeszyby ze wschodu. Inne klany, z zachodu. Nawet
owy nie sprawdzay si tutaj o tej porze roku, pamita Garrosh.
By bardzo mody ostatnim razem gdy siedzia na tym wzgrzu i-...
Nie. Garrosh nigdy nie siedzia na tym wzgrzu, nie wspina si na te drzewa. Nigdy
nie dotyka tej trawy jako dziecko. To by inny wiat.
Kairozdormu doradzi mu, by spodziewa si kilku dziwnych odkry. Powiciem
ycie studiowaniu linii czasu. Jeeli bdziesz prbowa liczy i porwnywa dba trawy, w
kocu oszalejesz, powiedzia. Moje plany wymagaj kilku... korzystnych warunkw.
Znajdziemy je tutaj. To dla nas perfekcyjna linia czasu. Nie idealna, ale bez wtpienia
perfekcyjna.
Pozostawao czeka. Garrosh osoni rk oczy i wpatrywa si w horyzont, gincy w
cieniu zachodzcego soca. Przynajmniej wiedzia, e wzgrze to bezpieczne miejsce do
odpoczynku. Otwarte, bujne i zielone ki ujawniyby kadego intruza, na dugo nim mgby
on dojrze Garrosha.
Za nim odpoczywa Kairoz, lec na plecach przy tlcym si ognisku. Nad gow
trzyma duy, wystrzpiony kawaek szka. Pomienie ogniska i zachodzce soce tworzyy
brzowe projekcje na powierzchni krysztau. "Mylae o naszej rozmowie, Hellscreamie?
Zmarnowae ju wystarczajco duo-..."
Garrosh odwrci si, obarczajc go wrogim spojrzeniem. "Nie uywaj tego imienia
nigdy wicej. Nie tutaj. Nigdy."
Kairoz podnis si niezdarnie. Spiowy smok nie mg jeszcze porusza si z gracj w
swojej nowej, orczej formie. "Nie? Twoje rodzinne nazwisko z pewnoci przycignoby
uwag Wojennej Pieni. Poruszyoby sprawy."

"Poruszyoby Gorehowla nad moim karkiem. Nad twoim zreszt te," odpar Garrosh.
Kairoz umiechn si kpico. Wyraz jego miny by wyranie quel'doreiski, nie
pasujcy do orczej twarzy. "Twj ojciec i jego topr nie s w stanie mnie dosign. No, chyba
e nauczy si lata."
Garrosh nie odpowiedzia. Mam szczer nadziej, e ujawnisz swoj smocz form
przed Grommashem. Naprawd, licz na to.
Kairoz pooy szklany kryszta na kolanach. Nawet ten prosty ruch wyglda le.
"Podje wic decyzj?"
"Podjem."
"I...?"
Garrosh odpowiedzia spokojnym gosem. "Czas, bymy si poegnali."
"Ah tak?" Kairoz prychn pogardliwie. "Nie przypominam sobie, ebym oferowa tak
opcj."
"Moesz przybra posta orka, ale nie zachowujesz si jak jeden z nas. Wyczuj ci.
Musz pj do nich sam," oznajmi Garrosh.
"Ah, rozumiem. Wic kiedy bd mg do ciebie doczy?" Ironiczny umiech Kairoza
sta si jeszcze bardziej wyrany.
"Kto wie? Kiedy czas bdzie odpowiedni-..."
"A wic nigdy." Kairoz pokrci gow. "Oh, Garroshu, Garroshu, Garroshu.
Subtelno nie jest jedn z twoich pozytywnych cech. Nie omieszaj si."
Garrosh powstrzyma szorstk odpowied. "Dobrze." Kontrolowa swj gos. "Powiem
krtko, moja Horda nie potrzebuje pomocy smoka."
"Mhm. Twoja Horda?" Kairoz wsta, utrzymujc ostronie szklany kryszta w jednej
doni. "Twoja Horda ci obalia. Beze mnie, wci gniby w wiziennej celi. Nie masz ju
wadzy, by kaza mi odej." Faszywy ork przechyli lekko gow. "A jeeli bdziesz stwarza
problemy, mog sprawi e zatsknisz dni, w ktrych czekae na ask katowskiego topora."
Druga rka Kairoza spoczywaa w sakwie, jedynej czci garderoby ktr zachowa ze
swojego elfickiego stroju. Garrosh usysza z niej metaliczny klekot. Czyby ukryta bro?

Umys Garrosha wypenia antycypacja brutalnoci. wiat sta si janiejszy, bardziej


ostry. Ignorowa wszystkie zewntrzne bodce. "Moi ludzie zasugiwali na wicej, ni da im
los. Naprawi to. Bez ciebie," warkn Garrosh.
"Nie wydajesz mi rozkazw," powiedzia Kairoz. "Ja-..."
Dosy! Garrosh skoczy do przodu, bez ostrzeenia. Jego wojenny okrzyk wypeni
powietrze. Przebieg odlego trzech krokw, przeskoczy nad ogniskiem i zapa Kairoza za
gardo, jednoczenie odrywajc go od ziemi.
Rozbyso brzowe wiato. Kryszta w rce Kairoza zamigota.
Garrosh zamruga. Jego do nie ciskaa ju niczego, poza powietrzem. Ognisko
ponownie tlio si trzy kroki przed nim, tak jakby nigdy si nie poruszy. Kairoz znikn.
Moment oszoomienia przemin, po czym czyja rka zacisna si na szyi Garrosha i
pocigna go w d.
wiat obrci si do gry nogami. Zimny, znajomy metal, zacisn si na jego
nadgarstkach.
Opad ciko na ziemi, przytwierdzony do niej kolanem Kairoza. Faszywy ork
przedrami mia zacinite na szyi Garrosha.
"Tylko dla tego e doczyem do miertelnikw, mylisz e jestem saby?" sykn
Kairoz. "Nie jeste ju wodzem, Hellscreamie. Jeste wolny, poniewa tego chc. yjesz,
poniewa tego chc. Doczysz do ojca i zjednasz orcze klany, poniewa taka jest moja wola."
Kamufla Kairoza znikn od szyi w gr. Jego orcz gow zastpio co o wiele wikszego,
bardziej jaszczurzego. Ogromne oczy spiowego smoka byy zaledwie kilka cali od twarzy
Garrosha. "Jeste pionkiem, niczym wicej. Pozosta przydatny, albo zostaniesz
wyeliminowany."
Garrosh wyszczerzy ky. Jego nadgarstki skuy te same kajdany, ktre nosi podczas
ucieczki sprzed tego absurdalnego sdu. Teraz zrozumia, dlaczego Kairoz zdj je tak
ostronie, zamiast po prostu zniszczy.
Kairoz trzyma kajdany ukryte i gotowe. Przewidzia t konfrontacj. Nie,
sprowokowa j.
Powoli, Garrosh opanowywa swoj furi. Kontrolowa swj oddech. Gupcze. Bawi
si z tob. Nie popeniaj ponownie tego bdu. Czerwona powiata opucia zasig jego
wzroku. Gdy w kocu przemwi, jego gos by ciki, lecz opanowany.
"Gdybym nie by ci potrzebny, smoku, zostawiby mnie na Pandarii," rzek. "Wic
daruj sobie pogrki."

Na jaszczurzym pysku Kairoza pojawi si umiech. "Tak dugo jak si nawzajem


rozumiemy." Ponownie przybra pen, orcz form i wsta, odsuwajc si od Garrosha.
"Oh, ja rozumiem." Garrosh przetoczy si i wsta, wspierajc si skutymi rkoma.
"Uwierz mi."
Przebysk wiata przycign jego uwag kiedy wstawa. W pobliu lea szklany
kryszta, upuszczony na ziemi podczas walki. Kairoz wskaza rk na przedmiot. "Podnie
to."
Garrosh rzuci okiem na kryszta. "Sam zbieraj swoje zabawki."
"Teraz jest twj," odpowiedzia Kairoz, tak jakby odzywa si do niesfornego dziecka.
"Przyda ci si."
Garrosh zerkn ponownie na dziwny kamie, lecz nie poruszy si. Krzywe szko
pulsowao, lnic blad, brzow powiat, t sam ktr zobaczy kiedy smok umkn z jego
ucisku. Krawdzie wydaway si ostre. Ze skutymi rkoma trudno byoby utrzyma kamie,
bez kaleczenia sobie doni. "Mwie, e nie ma w nim ju wicej mocy."
"Powiedziaem, e nie ma mocy ktr kiedy posiada. To nie znaczy e nie ma adnej
mocy, o czym wanie si przekonae," powiedzia Kairoz. Ironiczny umiech powrci na
jego twarz.
Garrosh podnis skute donie. "A to?"
"Wci s pene mocy, czy nie? Zostan, dopki nie bd pewny, e rozumiesz gdzie
jest twoje miejsce." Kairoz zbliy si do ogniska i zacz gasi pomienie, zasypujc ziemi
tlce si drewno. "Podnie to."
Oddycha rwno. Nie daj si ponownie zwie. Garrosh ostronie podnis kryszta,
rwnowac go w palcach swoich rk. Podczas jego procesu na Pandarii, kiedy kamie by
jeszcze cay, Wizja Czasu miaa dwie rzeby spiowych smokw okalajcych szko. Na
krysztale wci tkwia gowa i szyja jednej ze smoczych figur, trzymajca artefakt w
dogodnym ucisku.
"Zgaduj, e moc krysztau nie ma dla mnie wartoci," stwierdzi Garrosh spitym
gosem. W innym wypadku nie pozwoliby mi go dotkn. Myl ta rozpalia do biaoci
ukrywan wcieko Garrosha.

"Oczywicie e nie ma. Ale nie zgub go. Bybym bardzo niezadowolony, gdyby go
zgubi," odpowiedzia Kairoz. Oddali si od ogniska, leniwie skubic licie z nisko wiszcej
gazi, kruszc je w palcach, a pozostawaa po nich jedynie zielona papka. "Poruszye wan
kwesti, Garroshu. Ty. Ja. Jestemy tutaj obcy. Moliwe, i najlepiej bdzie zbliy si do
Klanu Wojennej Pieni osobno. Zmniejszy to szans na wykrycie, twoi ludzie nie bd
podejrzewa e jestemy... w zmowie." Upuci na ziemi resztki skruszonego licia i wytar
do o udo. Jasna, zielona plama pozostaa na jego rce. "Poka im kryszta. Twj rodzaj,
mimo i prymitywny na tym wiecie, mia jakie pojcie o sprawach nadprzyrodzonych,
nieprawda? Wystarczy jeden z szamanw. Kady gupiec z odrobin talentu zorientowaby
si, co trzymasz w rku. Wystarczy, by dostrzec Azeroth i skrawki innych wiatw. Kiedy ju
ich przekonasz, aby doczyli do twojej idealnej Hordy i zdobyli wszystko co bdzie w zasigu
wzroku, pojawi si ja. Kolejny ork, podajcy now drog swojej rasy." Kairoz rozpostar
szeroko rce. "Odkryj nowe, cudowne moliwoci krysztau. Uyjemy go, by dosta si do
setek innych wiatw."
"Interesuje mnie tylko jeden," oznajmi Garrosh.
"Poniewa nigdy nie dostrzegasz szerszych perspektyw. Chcesz jednej Hordy, wolnej
od demonicznego zepsucia. Ja chc wicej. Moemy stworzy nieskoczon ilo Hord-..."
Garrosh parskn miechem.
Kairoz opuci ramiona. Jego wyraz twarzy wyda si niebezpieczny. "Wtpisz we
mnie? "
Garrosh otwarcie zmierzy si z jego spojrzeniem. "Klepsydra zostaa zniszczona
podczas przenoszenia nas tutaj. Widziaem j, rozbit w tej pandareskiej wityni." Podnis
kryszta. "Moe uda ci si wykona par sztuczek z t zabawk, ale nie wmawiaj mi e to wci
jest Wizja Czasu."
"Przemyl to, Hellscreamie." Gos Kairoza by spokojny. "Poniewa wiksza cz
klepsydry zostaa w Azeroth, ten kawaek wci czy si z nasz lini czasu. Nazwij to
przebyskiem... iskr czasu. Przy odrobinie pracy z mojej strony-..."
"Moemy wrci." Serce Garrosha przypieszyo, jego ciao przeszy dreszcz. Plany
zaczy tworzy si w mylach. "Nie tylko do naszego Azeroth. Moglibymy cofn si w
naszym czasie."
"A to jedynie pocztek," doda Kairoz. Odwrci si, wskazujc na soce, znikajce za
horyzontem Nagrandu. "Najpierw Azeroth. Potem inne wiaty. Wszystkie. Tyle, ile bdziemy
potrzebowa." Spiowy smok wybuchn szaleczym miechem. "Nic nas nie powstrzyma!
Nawet czas. Moliwoci s nieskoczone. Ja stan si nieskoczony-..."
Trzy kroki. Garrosh wbi kryszta w plecy Kairoza.

Szaleczy miech przemieni si w krzyk. Ostre szko z atwoci wbio si w skr, nie
pkajc, nawet gdy przebijao si przez minie i koci. Garrosh trzyma pewny ucisk skutych
rk na rzebie smoka, ktra zdobia kryszta.
Moc wezbraa si wewntrz kamienia. Spiowe uski pojawiay si i znikay na skrze
Kairoza. Prbowa uy krysztau, by przybra swoj smocz form. Na prno.
Garrosh pchn Kairoza na ziemi. Pocign ostry kamie w gr, nim dotar do
obojczyka i musia wycign ostrze. Krzyki Kairoza byy coraz goniejsze. Sabe, orcze
ramiona prboway odepchn napastnika. Garrosh obniy gow, bdc zaledwie kilka cali
od oczu Kairoza, zatopi kryszta w jego gardle. Gone bulgotanie zastpio krzyk.
Garrosh wci trzyma pewny ucisk na kamieniu, ignorujc bijce z niego strumienie
energii, skupiajc si zamiast tego na zaskoczeniu w oczach Kairoza.
"Koniec," rzek Garrosh. "Koniec lalkarzy chowajcych si w cieniu. Koniec despotw
oferujcych zepsut wadz. Koniec z tob. Orkowie bd wolni od wszystkich tyranw."
Garrosh raz po raz przebija klatk piersiow Kairoza. Krew rozlaa si po szczycie
wzgrza. Nie bya to orcza krew, ani krew adnej istoty ktra kiedykolwiek chodzia po tym
wiecie. Jednak ziemia chona j w ten sam sposb.
W kocu Garrosh wycign kryszta i wsta.
Kairoz zwija si w konwulsjach na ziemi. Drugi ork obserwowa go z
zaciekawieniem. Nigdy jeszcze nie zgadzi spiowego smoka. Artefakt dra w jego ucisku, a
bijca z niego energia zrwnaa si z ostatnimi uderzeniami serca Kairoza. Brzowy dym,
kady pyek wielkoci ziarenka piasku, unosi si z jego ciaa. Nie rozpywa si w powietrzu
jak mga, lecz raczej czy w dug, cienk strk, wirujc w nico. Tak jakby bya
wycigana z tego wiata.
Kiedy brzowa mga znikna, kryszta ucich. Oczy Kairoza byy szeroko otwarte, nie
oddycha. Garrosh czeka. Chcia si upewni. Mino kilka minut, po ktrych mrukn co i
skin gow.
"atwiejszy koniec, ni na niego zasugiwae."
Zostawi ciao tam, gdzie leao. Ktokolwiek by si na nie natkn, zobaczyby orka
ktry najprawdopodobniej postawi si nie temu co trzeba.
Zreszt, czy nie byo to bliskie prawdy? Garrosh umiechn si cynicznie.

Nieopodal znalaz may potok, gdzie zmy krew z siebie i oczyci szklany kryszta. Jego
obtarte nadgarstki wci tkwiy w kajdanach. Nie da si teraz nic z tym zrobi. Klucz
znajdowa si na innym, odlegym wiecie.
Co dalej? Zoone plany pojawiay si w jego gowie i po chwili znikay. Kairoz mia
racj, subtelno nie bya jego mocn stron. Zbytnia przebiego, nadmiar manipulacji, a
jego ojciec pozbawiby go gowy. Grommash Hellscream nie by gupcem.
A moe by?
Niepokj nawiedzi Garrosha. By taki mody. Ledwie pamita swojego ojca. Co, jeeli
nie jest orkiem ktrego si spodziewam? Grommash Hellscream zosta
oszukany, podstpem zmieniono go w niewolnika demonw. Na kocu odkupi swoje winy,
udowadniajc si swojego serca, jednak nie by nieomylny.
Garrosh zastanawia si nad tym problemem przez wiele dni, i wci nie zna
odpowiedzi. Jak przekona jednego z najsilniejszych istniejcych orkw, e jest saby.
Ostatnie promienie wiata znikny za widnokrgiem. Garrosh usiad w ciszy nad
potokiem. By moe powinien poczeka. Dotarcie do obozowiska Wojennej Pieni piechot
zajoby kilka godzin, a kajdany i kryszta z pewnoci przycignyby uwag. Wyruszenie
jutro, lub jeszcze dzie pniej, moe okaza si bezpieczniejsze ni przybycie w rodku nocy.
Nie, zadecydowa. Koniec czekania. Owin kryszta w szarf Kairoza i wcisn go w
rzemie, okalajcy jego strj . Grommash rozpozna si w sercu Garrosha... albo i nie.
Garrosh wyruszy. Przed wschodem soca przyjdzie mu dowiedzie si, czy bdzie y przy
prawicy ojca, czy zginie z jego rki.
"Lok-tar ogar," szepn.

Cz Druga
"Hellscreamie."
...to koniec...
"Wodzu Hellscreamie?"
...zakocz to...
Grommash Hellscream otworzy oczy. Jego namiot by jak zwykle pusty. Rami mia
jednak wycignite na ou ze zwierzcej skry, prbujc obj kogo, kto ju nigdy wicej nie
bdzie tam lea. Jak zwykle.
Ponownie, z zewntrz namiotu, "Wodzu Hellscreamie?"
Odchrzkn i uspokoi si. Gos dochodzi z poza jego snw. "Wej," oznajmi.
Zbrojmistrz Wojennej Pieni wkroczy do rodka. "Wodzu, jedziec Riglo oczerni
mnie. Pragniemy zmierzy si na Mak'Rogahn."
Grommash zamruga, zmywajc sen z oczu. "Obaj walczylicie zeszej nocy," rzek.
"Przeciwko innym. Lecz on podway mj honor i poka mu, e si myli. Wicej nie
otworzy swojej..."
I tak dalej. Mijay minuty.
Grommash przetar czoo i w kocu mu przerwa. "Dobrze. Moecie walczy. O
zachodzie soca-..." Spojrza przez rozchylone wejcie do namiotu.
Noc ju zapada. Przespa cay dzie. "Nie, przygotujcie si teraz. Czekajcie na moje
przybycie."
"Tak, Wodzu Hellscreamie." Zbrojmistrz wyszed.
Taki jest wanie problem z pokojem, pomyla Grommash. Wielu z jego wojownikw
nie wrodzio si jeszcze w klan. Gromadzili si pod jego sztandarem w poszukiwaniu wojny i
chway, i przez jaki czas mogli je tu znale. Teraz ich wrogowie zostali pokonani, a dziki
przestrogom Guldana o zbliajcym si zagroeniu z zewntrz, nawet konkurujce orcze
klany nie pieszyy si z wywoywaniem wojen. Dopki nie podejm decyzji jak zmierzy si z
owym zagroeniem, orkowie nie bd mieli z kim walczy. Niektrzy pord nich mieli
problemy z organizowaniem sobie czasu.

Mak'Rogahn. Nigdy nie miaa suy do rozwizywania bahych sprzeczek. Grommash


westchn gboko i powsta, spinajc klamr swoje rkawice.
"Gupcy," szepn i od razu tego poaowa. Nie byli gupi. Nie bardziej ni on.
Rozumia cichy chaos pokoju. Sposb w jaki przeszo moga dziaa na bezczynny umys.
al mg zepsu wol wojownika, jeeli jtrzy si zbyt dugo. al to sabo, Grommash
powtrzy w mylach. Wrd klanu Wojennej Pieni nie byo miejsca na sabo, zwaszcza u
jego wodza. Przyjemno pynca z nic nawet nie znaczcej walki, oczyciaby jego umys.
...daj mi mier wojownika, na jak zasuguj...
Gorehowl, topr rodu Hellscreamw, spoczywa przy jego ou. Bro od nazbyt
dugiego czasu nie miaa okazji zakosztowa cudzej krwi i dzisiaj najwyraniej miao tak
pozosta. Grommash tak czy inaczej chwyci topr i przedar si przez obozowisko do
prymitywnej areny walk. Wok zebraa si ju maa grupa orkw - oczywicie nie cao
klanu. Zaledwie dziesita cz spord nich powrcia ju z oww, a jedynie niektrych
obchodzio, co dziao si na arenie. Wci jednak zgromadzenie byo wystarczajco due, aby
otoczy granic dou i zasoni widok, nim Grommash dotar do siedziska dla wodza.
Zbrojmistrz i wilczy jedziec stali w ubitym krgu, gotowi do walki. Zasalutowali wodzowi.
Zbiorowisko ucicho. "Zwykle mam kilka sw do powiedzenia, ale wszystkie ju
syszelicie," oznajmi Hellscream. "Jedynie ci o elaznej woli mog zwa si czci klanu
Wojennej-..."
...nie widzisz e jest ju za pno?...
Gos Hellscreama przeobrazi si w gony ryk. "Lecz wy udowodnilicie sw warto
ju wczeniej. Zrbcie to ponownie. Zaczyna!"
Obaj orkowie rzucili si do walki, okadajc, szarpic i pchajc nawzajem.
Tum wyda dziki okrzyk. Huk uderzajcego o siebie ora by wystarczajco gony, by
wydoby jeszcze inny dwik, moliwy do usyszenia jedynie przez wodza, woajcy z jego
wspomnie.
Grommash usiad i zaoy rce, uprzednio kadc topr na kolanach. Kilka minut
pniej silna pi wilczego jedca trafia w skro patnerza, co zakoczyo pojedynek.
Zwycizca kroczy dumnie po ubitym krgu, pawic si w uznaniu czonkw klanu. Drugi
lea na ziemi, nieprzytomny.

Podsumowujc, walka bya cakiem przecitna, jednak spenia standardy Wojennej


Pieni. "Dobra walka. Bez kapitulantw. Uznanie dla wilczego jedca za zwycistwo, oraz dla
zbrojmistrza, za wol walki do koca," oznajmi Grommash. "Pijcie dzisiaj do woli. Obaj
udowodnilicie e macie serce oddane Wojennej Pieni." Po raz smy w przecigu dwch
tygodni, jak przypuszczam.
Dwjka orkw zabraa zbrojmistrza z krgu i lekko klepaa po twarzy, nim ockn si,
wycieczony lecz w dobrym nastroju. adnych zamanych koci do wyleczenia, nie tym
razem.
Zbiorowisko krztao si wok areny, dajc kolejnej walki. Grommash wyrazi
zgod. Jedna walka nigdy nie wystarczaa, by zaguszy przeszo.
Grommash wznis pi, tum skierowa na niego wzrok. "Kto jeszcze?" zapyta. "Kto
jeszcze pokae mi dzisiaj serce Wojennej Pieni?"
Kilkoro orkw podnioso obie rce, prbujc zwrci na siebie uwag Grommasha.
Jeden z nich przepcha si przez zbiorowisko i wskoczy do ubitego krgu. "Ja bd walczy!"
krzykn.
Grommash umiechn si. Inni prosz. On dziaa. Wdz nie mg przypomnie sobie
imienia orka, pochodnie ustawione wok krgu nie owietlay go wystarczajco dobrze.
Grommash przymruy oczy, przygldajc si jego twarzy. Dziwne. Rysy mia podobne do
jego wasnych, jednak imi wci tkwio poza pamici.
Niespokojne szepty przetoczyy si przez zbiorowisko orkw.
"Kim on jest?"
Nie wiedzia tego nikt. Pomruki trway.
Co byo nie tak. Grommash pochyli si i przyjrza orkowi. Mnstwo rzeczy byo nie
tak. acuchy czyy skute nadgarstki nieznajomego. Jego ubir nie przypomina niczego, co
Grommashowi dane byo kiedykolwiek zobaczy, ani w materiale, ani w kroju. Cie
pokrywajcy jego szczk nie by lekkim zarostem, lecz tatuaem. Tatuaem wodza,
niewiarygodnie zoonym.
Tum krzta si niespokojnie. Wkrtce cisza zapada pord wojownikw Wojennej
Pieni. Ci z orem pod rk, chwycili go stanowczo. Ork sta dumny i wyprostowany w
ubitym krgu, z lekkim umiechem na twarzy, cieszc si zamieszaniem jakie wywoa.

Rka Grommasha powdrowaa ku rkojeci Gorehowla. Nauczy si ufa swoim


instynktom, a teraz mwiy mu, e przybysz jest niebezpieczny, z zewntrz, nie by jednym z
nas. Skrytobjca? Jeeli tak, to zbyt zuchway lub gupi, wkraczajc ze skutymi rkoma na
aren, otoczony przez gromad uzbrojonych orkw Wojennej Pieni.
Antycypacja brutalnoci wypenia umys Grommasha. Jego topr od dawna nie
zakosztowa krwi. Jednak ten sam instynkt... wzbudza w nim ciekawo. Dlaczego wyglda
tak znajomo? "Twierdzisz, e posiadasz serce wojownika Wojennej Pieni?"
"Posiadam," odpowiedzia silnym gosem, zwracajc si tak samo do Grommasha, jak i
do zbiorowiska orkw.
"Zdrad nam swoje imi."
Ork podnis wzrok. "Przybywam tu jako nieznajomy, nikt wicej."
Grommash przyglda mu si przez moment w ciszy. "Nie masz wic klanu,
nieznajomy? adnego dziedzictwa? adnego przydomka z opowieci o swych niesamowitych
zwycistwach na polu walki?" zapyta ze wzgard w gosie.
"Opowieci to sowa, a sowa rzuca si na wiatr," odpowiedzia nieznajomy. "Jedynie
czyny mog udowodni co kryje si w sercu."
"Lecz nawet krtka historia moe rozwia niektre wtpliwoci." Grommash spojrza
na kajdany nieznajomego. "Ktry klan rozgniewae, by na nie zasuy? I kiedy ucieke?
ciga ci armia przeladowcw, ktra teraz przygotowuje si do ataku na obz, nieznajomy?"
Zwrci oczy ku widowni, nie kryjc wciekoci. "I jak w ogle dostae si do mojego
obozowiska? Ktrzy z was byli odpowiedzialni za nocn wart, ale zamiast tego postanowili
oglda walki na arenie? Pokaza si!" Jego potny ryk odbi si echem od namiotw.
miechy w tumie nagle ucichy.
Czterech orkw podeszo niepewnie do granicy ubitego krgu. Ich ostrone kroki
zaguszay panujc cisz. Na twarzach wida byo wyrany niepokj, jednak trzymali gowy
wysoko, kiedy podawali swoje imiona. Grommash pozwoli orkom sta w niepewnoci, nim
pierwsze krople potu pojawiy si na ich czoach.
"Serce Wojennej Pieni nic nie znaczy, jeeli mzgi macie po ograch," przemwi
agodnym gosem. "Pozwolilicie, aby intruz znalaz si pord nas. Bedzie najlepiej, jeli
podzielicie jego los, jakikolwiek on bdzie. Zgadzacie si?"
"Tak, wodzu Hellscreamie," odpowiedzieli.

Grommash wci przemawia cichym gosem. "Doczcie wic do niego." Niechtnie


zaskoczyli na aren, nie protestujc. Nieznajomy odsun si, aby zrobi im wicej miejsca.
Obrzucali go nienawistnymi spojrzeniami. Odpowiada tym samym, ani razu nie mrugajc.
"Nieznajomy, nie przynaleysz wic do adnego klanu?" zapyta Grommash.
"Tak jak powiedziaem, moje serce naley do Wojennej Pieni. Ale nie mam klanu,"
odrzek.
Grommash potar podbrdek. "Wyjania to twoje znaki? Nie masz klanu, a wic jeste
swoim wasnym wodzem?"
miech ponownie przetoczy si przez tum. Nieznajomy nie umiechn si jednak.
"Jest to znak z innych czasw. Zwyka blizna. Nic wicej."
"Moi wojownicy nie wykrcaj si od odpowiedzi, nieznajomy. Nie bawi si w
zgadywanki. A tobie ani jedno, ani drugie nie wychodzi na tyle dobrze, aby mi zaimponowa,"
warkn Grommash. "Chc prostej odpowiedzi. Dlaczego tu jeste?"
Tym razem nieznajomy umiechn si. "Jeste ju drug osob, ktra zadaje mi
dzisiaj to pytanie." Opuci na chwil gow i zebra myli. Kiedy ponownie podnis oczy,
umiech na jego twarzy znikn. Na jego miejscu widniaa cakowita pewno. "Grommashu
Hellscreamie, przebyem dug drog i wiele powiciem, aby mc sta przed tob. Jestem
tu, aby przeciwstawi si temu, co los przygotowa dla ciebie i wszystkich orkw."
"A c takiego przygotowa dla nas los?"
"Zniewolenie. Utrat dusz i wszystkiego, co czyni nas wielkimi," oznajmi ostatecznie
nieznajomy.
Tum wojownikw Wojennej Pieni skierowa oczy na Grommasha, oczekujc jego
reakcji. Nie kaza im dugo czeka.
Rozemia si. Gono. Wrcz wybuchn miechem. Ogarniajce orkw napicie
ustao, wszyscy wojownicy zaczli wy ze miechu razem z wodzem. Doczyli do niego nawet
orkowie w krgu. Jedynie nieznajomy pozosta niewzruszony. Naprawd sdziem, e moe
stanowi zagroenie, pomyla z alem Grommash. Kiedy gwar ucich, Grommash wsta,
trzymajc Gorehowla w lunym ucisku.

"Za te sowa niektrzy chcieliby twojej mierci, nieznajomy. Jeli chodzi o mnie, w
zabijaniu szalecw nie widz niczego honorowego," przemwi Grommash. Zwrci si do
pozostaych orkw na arenie. "Zabierzcie go do namiotu kowala. Zdejmijcie kajdany, dajcie
je i zaopatrzcie w bukak z wod. Potem wyprowadcie go z obozu. Dalsza kara was nie
spotka." Orkowie odetchnli z ulg. "Moliwe, e nie jestecie w peni odpowiedzialni za to
zajcie. Gdybycie go dostrzegli, moglicie go zabi, a duchy chroni gupcw. Zabierzcie go i
wecie do serca t lekcj. Nigdy wicej nie popeniajcie takich bdw."
Czterech orkw zbliyo si do nieznajomego. "Mylisz e kami?" zapyta, cofajc si
o kilka krokw.
"Nie," odrzek spokojnie Grommash. "Myl e twj umys jest w zym stanie.
Wojenna Pie nie poddaje si. Dla nas, niewola jest jedynym losem, z ktrym jestemy
pewni e nigdy si nie zmierzymy. Nawet jeli przegramy w boju, nawet jeli zostaniemy
pojmani, bdziemy opiera si do ostatniego tchu."
Jeden ze stranikw na arenie zapa nieznajomego za rami. Skuty ork ustawi si,
zczy razem rce i zamachn. Jego pici trafiy w szczk stranika, odrzucajc go do tyu.
Pozostali z impetem naparli na nieznajomego.
"Sta!" rykn Grommash. Zatrzymali si. "Moja cierpliwo si koczy, nieznajomy.
aska Wojennej Pieni ma swoje granice, nawet dla gupcw."
Nieznajomy nie wycofa si. "Droga do zniewolenia twego klanu nie bdzie wynikiem
wojny, lub poraki w bitwie. Swj los przyjmiecie otwarcie i z chci," oznajmi, podnoszc
gos, "i to wanie ty, Grommashu Hellscreamie, bdziesz nalega by jako pierwszy zwiza si
z nowymi panami orkw. Reszta przyjdzie z czasem. Nigdy ju nie odzyskamy naszej potgi."
Martwa cisza bya odpowiedzi na jego sowa. Jedyne dwiki jakie dao si usysze,
to lekki wiatr, uderzajcy w namioty Wojennej Pieni, oraz trzask poncych pochodni
ustawionych wok areny.
Grommasha opuciy ostatki litoci. "Twoje przepowiednie s absurdalne. W dodatku
teraz oczernie moj dum." Przymruy oczy. "Ale tak jak mwie, sowa rzuca si na wiatr.
Tylko czyny maj znaczenie. Syszae o Makrogahn, nieznajomy?"
Ork w kajdanach przechyli gow, powtarzajc wypowiedziane przez Grommasha
sowo. Pojedynek woli. "Znam Makgora. Znam bardzo dobrze. Czy makrogahn bardzo si od
niej rni?" zapyta.

"Makgora to walka na mier," oznajmi Grommash. "Makrogahn to sposb, w jaki


wojownicy Wojennej Pieni mog udowodni swoj warto. Wstpuj na aren i walcz, tak
dugo jak pozwalaj im na to ich ciaa. Bez kapitulacji. Bez litoci. Czysty pokaz woli
przetrwania i wytrzymaoci w blu. Poddanie walki koczy si wygnaniem. W ten sposb
moesz udowodni, e posiadasz serce wojownika Wojennej Pieni. Nasz klan nie bdzie
tolerowa saboci nigdy wicej."
"Nigdy wicej?" zapyta nieznajomy.
...daj mi mier wojownika, na jak zasuguj...
Grommash bezlitonie pozby si wspomnienia. "Jeli twoje sowa s prawdziwe,
walcz. Uka nam swj honor."
Nieznajomy zastanowi si przez moment, spogldajc na rce w kajdanach.
"Przyjmuj wyzwanie."
"wietnie. MokRogahn nie jest przeznaczona do walki na mier i ycie, jednak
wypadki si zdarzaj," oznajmi Grommash. "Ubliye nie tylko mi, lecz caemu klanowi
Wojennej Pieni. By moe wy czterej na arenie zechcecie wykorzysta t okazj, by broni
naszego honoru?"
"Przyjmujemy wyzwanie!" krzyknli bez chwili zastanowienia. Oczy nieznajomego
rozszerzyy si lekko.
"Rozpoczyna," oznajmi agodnie Grommash, zajmujc swoje siedzisko.
Rozpoczli.

Cz Trzecia
Czterech orczych wojownikw rzucio si na Garrosha. Wyldowa plecami na ubitej
ziemi, warczc i zasaniajc si skutymi rkoma. Spaday na niego pici i kopnicia. Tum
orkw rycza w aprobacie.
Wypadki si zdarzaj, usysza od ojca. Byo jasne, e jeden z nich mia wydarzy si
teraz. Szklany kryszta spoczywa wetknity w tyln cz jego rzemienia, owinity w materia,
lecz wci bolenie wbija mu si w skr. Myl, by wycign kryszta bya kuszca... nie. Nie.
Nic by to nie dao. Ujawnienie ukrytej broni uznawane byo za niehonorowe,
zagwarantowaoby jedynie jego mier.
Ta stara, znana mu rzdza krwi zatopia si w jego umyle, powstrzymywa si jednak
przed wstpieniem w wojenny sza. Czterech przeciwko jednemu - nie bya to kwestia surowej
siy. Obraca si jednej strony na drug, prbujc przyjmowa ciosy tak, by omijay koci.
Podziaao, jednak bl dalej rozprowadza si po jego ciele.
ebra mia wci cae. Uderzenia omijay jego szczk i skro.
Jego napastnicy dali si ponie furii. Kade uderzenie, kade kopnicie zadawali tak,
jakby mia to by miertelny cios. Marnowali sw si.
Garrosh nadal si porusza, wci kopa, wci walczy. Stale omija te ciosy, ktre
mogy zrani go na tyle powanie, by sta si bezradny wobec atakujcych orkw.
Zaszed za daleko, by teraz umrze.
Jeden z wojownikw obra sobie za cel jego gow, kopic w rytm. Bam. Bam. Bam.
Przewidywalnie. Garrosh wycign rce. acuch czcy jego nadgarstki owin si wok
kostki orka.
Garrosh wyszczerzy ky w umiechu.
***
Grommash potrzsn gow i zwrci si do jednego z wojownikw Wojennej Pieni,
stojcego po lewej stronie. "Kiedy skocz, szybko si go pozbdcie. By moe jest szalony,
ale niewykluczone e by kiedy dla kogo wany. Postarajmy si omin rozlewu krwi nad
tym gupcem, jeli jest to moliwe," oznajmi.
Wojownik rozemia si. "Przynajmniej wie jak zgin," zaobserwowa.

"Tak, to prawda." Grommash nie mg wiele zobaczy przez mnogo rozmytych


ciosw zadawanych na arenie. Dostrzega jednak nieznajomego, ktry lec na ubitej ziemi
nadal porusza si i odpiera nadchodzce ataki, nie dajc za wygran. "Wzi moje instrukcje
do serca." Niestety.
Jeden z czterech orkw na arenie nagle odskoczy, ryczc w blu. Jego lewa stopa
zwisaa w nienaturalnej pozycji. Grommash i reszta rozemiali si. Kopa tak mocno, e sam
zrobi sobie krzywd. Zraniony ork zazgrzyta zbami i rzuci si z powrotem do walki,
warczc, i okadajc rkoma gow nieznajomego. Chwil pniej usyszeli kolejny okrzyk
blu, a ten sam ork odczoga si do tyu ze zamanym i zmiadonym nadgarstkiem.
Niektrzy orkowie w tumie ucichli. To samo zrobi Grommash. Zobaczy to co oni:
nieznajomy uy swoich kajdan jako ora.
A by to dopiero pocztek. Kopnicie nieznajomego spotkao si z kolanem kolejnego
wojownika, roztrzaskujc je. Nastpne kopnicie trafio pomidzy nogi trzeciego orka,
sprowadzajc go do ziemi. W przecigu krtkiej chwili, nieznajomy obali trzech
przeciwnikw.
Okrzyki wok areny szybko ucichy.
Ostatni wojownik Wojennej Pieni warkn i wycofa si poza zasig kopni, dajc
nieznajomemu okazj do podniesienia si z ziemi. Oddycha gboko, ale regularnie. Zmierzy
wzrokiem swojego przeciwnika. Ruszyli na siebie.
Grommash nie mrugn ani razu. Nie wierzy w to, co widzia. Bez strachu. Bez
wahania. Wcielenie brutalnoci. Rzdza krwi, przeksztacona w czyst si. Umys cakowicie
skupiony na zwycistwie, nie dajcy si niczym rozproszy.
Tak wanie walcz, pomyla Hellscream.
Wojownik trafi nieznajomego w klatk piersiow, pierwszy, drugi, trzeci raz,
nastpnie zapa go za gardo. Nieznajomy zczy obie donie i jakby mot pocign je w gr,
trafiajc go podbrdek. Szczka ostatniego orka zatrzasna si z bolesnym chrzstem. Dwa
zby uwolniy si z okoww jego dzise. Upad, jego oczy odwrciy si w stron czaszki.
To by koniec.
Trjka rannych orkw zacza powoli wstawa, czogajc si w stron nieznajomego,
nie poddajc si, mimo e ich poraka bya oczywista. Wymagaa tego MakRogahn. Tak
dugo jak mogli walczy, musieli walczy.
Nieznajomy odsun si z zasigu ich rk. "Czy udowodniem oddanie mego serca,
Hellscreamie? Czy oni to zrobili?" zapyta. "Czy jednak musz ich zabi?"

Grommash nie odpowiedzia. Patrzy. Sucha. Obserwatorzy walki szeptali, "On


walczy... walczy jak Hellscream."
Ork ze zmiadonym kolanem zmusi si do powstania i poczapa w kierunku
nieznajomego. Kady ruch przynosi mu fal blu. Nieznajomy odsun si ponownie.
"Wodzu Hellscreamie, nie przybyem tu, by zabija twoich wojownikw. Przybyem, eby ich
ratowa," powiedzia.
"Wystarczy," oznajmi Grommash. "Walka jest skoczona." Ranni orkowie opadli na
ziemi.
Hellscream wstpi do krgu, trzymajc Gorehowla w ucisku. Nieznajomy sta bez
ruchu. Klan wstrzyma oddech.
Grommash zatrzyma si o krok przed nieznajomym, dokadnie badajc go wzrokiem.
Tatua na jego szczce, blizny, zawzito w oczach, dziwnie znajome cechy. Styl walki.
Kajdany, oznaczone symbolem nieznanego mu stworzenia. "Co to jest?" zapyta cicho.
"To Xuen, Biay Tygrys, symbol zakonu Shado-Pan," odpowiedzia nieznajomy.
"Kto?"
"Przebyem dug drog, Hellscreamie." Nieznajomy przemwi agodnie. W jego
oczach widoczna bya desperacja, ale nie szalestwo. "Ta droga jest teraz niewana. Wana
jest twoja, dlatego tutaj jestem."
Szepty z tumu wci spyway na aren. "On walczy jak Hellscream."
Grommash unis Gorehowla i zamaszycie sprowadzi go w d. Ryk topora przeci
powietrze.
Krach!
Nieznajomy opuci rce, topr przepoowi acuch czcy jego kajdany.
"Nigdy jeszcze nie spotkaem orka twojego pokroju," odezwa si Grommash. "Chod.
Porozmawiamy. Ale pamitaj," doda, przystawiajc Gorehowla do szyi nieznajomego. "Jeeli
zmarnujesz mj czas, lub skrzywdzisz mj klan, stracisz gow."
Nieznajomy nie cofn si, nie mrugn. "Jeeli moje sowa oka si strat czasu, nie
sprzeciwi si. Jeli odnios tu porak, moje ycie stanie si bezwartociowe."
"Doskonale." Grommash opuci ubity krg i skierowa si w stron swojego namiotu.
Nieznajomy pody za nim.

Cz Czwarta
Grommash rozpali ma pochodni wewntrz namiotu i usiad na twardej ziemi.
Skin gow w kierunku Garrosha, by zrobi to samo. Saby pomie owietla ciany ze
zwierzcej skry, drgajce z nocn bryz. Zimny wiatr przetoczy si przez namiot.
Garrosh bez popiechu doczy do Grommasha. Bl po walce pozostanie z nim
zapewne przez wiele dni, jednak nie dostrzega adnych oznak powanych obrae. "Miaem
przewag na arenie," przemwi. Jego gos by spokojny, niczego nie zdradza.
"Mw," odrzek Grommash.
"Zaskoczenie." Garrosh pooy donie na kolanach. "Myleli e byo po mnie ju kiedy
upadem na ziemi."
"Nauczye ich czego, co dawno powinni byli wiedzie: twj przeciwnik nie jest
martwy, dopki nie jest martwy," mrukn Grommash.
"Rozumiem, e ta lekcja jest dobrze znana pord twoich wrogw," powiedzia
Garrosh. Grommash Hellscream... ork o elaznej woli... mj ojciec. Powstrzymywanie si
przed umiechem byo wyzwaniem. "Jedno mnie ciekawi. MakRogahn. Z tego co wiem,
aden inny klan nie praktykuje tej metody."
"Ile o mnie wiesz, nieznajomy?"
"Troch," odpowiedzia ostronie.
Po lewicy Grommasha lea bukak z winem. Zaoferowa go Garroshowi, jednak ten
odmwi. Wdz wzi duy yk, nim wypowiedzia kolejne sowa. "Wojenna Pie przetrwaa
niegdy cikie czasy. Najazd Ogrw niemale zgadzi nas wszystkich."
Garrosh zna t histori. mier jego matki, odrodzenie klanu Wojennej Pieni,
pocztek legendy Hellscreama. "Stracie wtedy swoj towarzyszk ycia, prawda? Trudna to
rzecz, patrze jak rodzina ginie w ogniu walki."
"Nie bdziemy o niej mwi," odrzek Grommash elaznym gosem.
Jego gniew budzi groz. Garrosh zawaha si. "Podobno Golka zgina w walce,
samodzielnie zgadzia kilkoro Ogrw, nim polega," rzek.

"Tego dnia, mj klan okaza sabo. Zostali w tyle," warkn Grommash. "Musiaem
pokaza wojownikom Wojennej Pieni, jak zmierzy si ze mierci. Z krwi na rkach i
gardem wroga pomidzy zbami." Rzuci pustym bukakiem poprzez namiot. "MakRogahn
zmywa hab tamtego dnia z mojego klanu. Kady, kto chce zwa si czci Wojennej Pieni,
musi podoa tej prbie."
Garrosh nie wiedzia co powiedzie. Byo jasne, e historia Grommasha krya w sobie
wicej, ni wersja ktr usysza jako dziecko. "Ale twoja partnerka, ona-..."
"Powiedziaem, e nie bdziemy o niej mwi."
Czego nie dostrzegam? pomyla Garrosh. Honorowa mier powinna by
celebrowana, nawet jeli wojownik poleg w przegranej bitwie. Chyba e...
Wspomnienia z modoci Garrosha powrciy. Kady dzie wypeniony poczuciem
winy i hab, noszc - jak sdzi - przeklte imi. Nie jestemy od siebie tak rni. Ani troch.
"Wiem jak si czujesz." Garrosh ostronie dobiera sowa. "Mj ojciec zgin z toporem
tkwicym w piersi wroga. Dobr mierci. Ale droga ktra go tam zawioda, bya
wybrukowana hab, a powstaa dziki jednej zej decyzji. Zbyt dugo yem w nienawici do
niego. To by zmarnowany gniew. mier Golki i chwila saboci twojego klanu wci mog
sprawia bl, ale syn ktrego ci daa-..."
"Syn? Nigdy nie daa mi syna."
Grommash wpatrywa si w oczy Garrosha, wac, oceniajc go wzrokiem. Garrosh
nie pozwoli sobie nawet na mrugnicie. "Nie wiedziaem o tym," doda krtko.
Kairoz. Garrosh poczu drgnicie w kcikach ust. Liczenie dbe trawy. Powici
chwil, by rozsmakowa si wspomnieniem wydrania wntrznoci smoka, czujc ciep
krew Kairoza na rkach. Uspokoio go to. Oddycha gboko. Nie urodziem si na tym
wiecie. Grommash nigdy nie by moim ojcem. Czy to wanie mia na myli spiowy smok,
mwic o "perfekcyjnej linii czasu"?
Garrosh wyty umys. Czas zdradzi mu, dlaczego tu jestem. "Zapytam ci jednak,
wodzu Hellscreamie..."

***
"...gdyby mia szans cofn si do tamtych dni, uratowa j, czy nie zrobiby tego?"
zapyta nieznajomy. "Ja bym zrobi. Mj ojciec mia honorowe serce. Zosta oszukany.
Zasuguje na lepsze dziedzictwo. By moe Golka te na nie zasuguje."
...nie widzisz e jest ju za pno? Zakocz to

Dziedzictwo. Chodne spojrzenie Grommasha pogbio si. "Sowa rzuca si na wiatr.


Jeeli nie potrafisz w jaki sposb zabra mnie do tamtych dni, nasza rozmowa o niej jest
zakoczona," odpar. Golka. Nie pozwoli sobie na wypowiedzenie tego imienia przez bardzo
dugi czas. Skd zna je nieznajomy?
Drugi ork sign rk za plecy. "Nie mog zabra ci w przeszo, ale mog pomc ci
zobaczy przyszo." Wycign zawinity w materia przedmiot, i zacz go rozwija. W
rodku lea szklany odamek o ostrych krawdziach. Pooy go na ziemi, przed
Grommashem. "To pozwoli ci unikn wasnego niewybaczalnego bdu."
Grommash nie dotkn krysztau. "Miae to ze sob przez cay czas?"
"Tak, wodzu Hellscreamie."
Krawdzie odamka byy ostre, wystraczajco aby zmotywowany ork mg nimi zabi.
A ty go nie uye, nawet kiedy czwrka orkw swoimi ciosami staraa si pozbawi ci
ycia? Niewielu moe chwali si takim opanowaniem. "Co to jest?"
Nieznajomy umiechn si. "Przyjaciel nazwa to... iskr czasu. Uwaa e jego
krawdzie s zbyt ostre, wic teraz naley do mnie." Stukn kostk doni o kryszta. Dwik
by niemal muzyczny. "Udowodni prawdziwo moich sw."
"Mw wic."
"Pozwl mi co opisa. Or." Oczy nieznajomego zalniy.
Grommash sucha. Nieznajomy opowiada o magicznej energii, skoncentrowanej w
potn eksplozj, "bomb many." Wprawne stworzenia pene mocy, nazwane czarownikami,
mogy ulepsza j i udoskonala, do momentu gdy miaa potencja zgadzenia caego klanu w
jednym momencie.
"Taki or istnieje," zapewni go nieznajomy.
Kontynuowa, opisujc niewyobraalne uzbrojenia. Maszyny z metalu i ognia, mogce
wysadzi w kawaki ca ska, o ostrzach tak wielkich, e potrafiy przepoawia
przeciwnikw przy najmniejszym kontakcie. Maszyny oblnicze, zdatne do uytku na ldzie
jak i w morzu. "Taki or istnieje."
"Nigdy go nie widziaem."
"Jeszcze nie," oznajmi nieznajomy, "ale mog nauczy ci, jak go tworzy, jak go
uywa, jak twoi przeciwnicy mog si przed nim broni. Jednak Wojenna Pie nie moe
zbudowa ich sama. Inne klany musz doczy, oferujc swoje zasoby i umiejtnoci."

Grommash przymruy oczy. "W takim wypadku wolabym ich nie mie. Dlaczego
miabym dawa innym klanom szans na zgadzenie moich ludzi w jednym, zdradzieckim
ataku?" Przyczenie Wojennej Pieni do innych klanw zakoczyoby si klsk dla nas
wszystkich. Wskaza doni poza ciany namiotu. "Nale do nas najbardziej urodzajne
tereny Nagrandu. Zapewniaj nam poywienie, schronienie i udane owy na dugie lata.
aden klan nie ma odwagi, by si z nami zmierzy. Wiedz, e srogo by za taki atak zapacili."
"A wic w taki sposb yje teraz Wojenna Pie? Beztrosko, zadowolona z tego co
posiada? Nie pragnca niczego wicej?" Usta nieznajomego wykrzywiy si w cie umiechu.
Sowa raniy gboko, jednak Grommash nie czu gniewu. Mnogo walk na
makrogahn udowadniaa, e jego ludzie s zadowoleni. Wci dziwio go, e nieznajomy
wiedzia tak wiele. "Bardzo duga droga dzieli twoje niewyobraalne bronie od pragnienia
czego wicej."
...daj mi mier wojownika, na jak zasuguj...
Grommash bezwzgldnie odpdzi jej gos. Dlaczego nieznajomy wci sprawia, e
pojawiaa si w jego mylach? Wspomnienie przypominao mu jedynie o habie jego klanu,
jednak nie mg si go w aden sposb pozby.

"Prawda. Nie musisz si jednak obawia innych klanw. Nie odwrc si od ciebie,
Hellscreamie." wiato pochodni migotao w oczach nieznajomego. "Uylibycie tego ora
przeciwko wsplnemu wrogowi."
"Przeciw komu?" Odpowied bya oczywista, rozemia si. "Przeciwko Draenei?
Jeste jednym z uczniw Guldana? On zwykle mwi o takich rzeczach." Guldan skada ciche
propozycje Hellscreamowi i zapewne wszystkim innym wodzom klanw, twierdzc i
odnalaz nowe rdo mocy, ktre przymiewao wiedz szamanw. Ta moc, jak twierdzi
Guldan, moe okaza si kluczowa do pokonania Draenei. Grommash nie by jeszcze
przekonany, czy te niebieskoskre stworzenia mogy stanowi zagroenie, ale wizje Guldana
byy z pewnoci niepokojce. "Czy to jest ta jego sekretna moc, nieznajomy? Czy budujesz te
bronie z jego rozkazu?"
"Nie, wodzu Hellscreamie. Nigdy nie spotkaem Guldana..."
***
"...ale mj or go powstrzyma," doda szorstko.
Pomienie pochodni trzaskay i trzeszczay. Oprcz szelestu cian ze skry, aden inny
dwik nie dociera do namiotu. Garrosh dostrzega podejrzliwo w spojrzeniu jego ojca. Nie
wobec Guldana. Podejrzliwo wobec Garrosha.

"Powstrzyma Guldana. Przed czym?"


"Przed przekonaniem ciebie i innych orkw do zniewolenia," odpar Garrosh. "Guldan
rozpocznie wojn, ktrej orkowie nie mog wygra sami. Zjednoczy klany i zaoferuje dar,
ktry zagwarantuje zwycistwo. Tego dnia-..."
"Jaki dar?" przerwa mu Grommash.
Zignorowanie wodza klanu nie byo bezpiecznym posuniciem, jednak Garrosh brn
dalej. Gniew wobec Guldana wkrad si w jego sowa. "Tego dnia, wodzu Hellscreamie,
bdziesz pierwszym ktry przyjmie ten dar. Nie z powodu saboci, lecz dlatego, e nie
zechcesz by inni orkowie pierwsi pojli tak wielkie ryzyko." Oczy Garrosha drgny, jego gos
by niewiele goniejszy od szeptu. "Ten dar bdzie kosztowa ci wszystko. Twoje myli, twj
umys, twoj wol... wszystkie stan si zabawkami w rkach waszych nowych, niewidocznych
panw. Mj ojciec zosta oszukany w taki sposb. Jestem tutaj, by mie pewno e ty nie
zostaniesz."
Jego ojciec unis brew. "Jeli twierdzisz e to prawda," odrzek, jednak byo jasne e
Grommash nie ufa jeszcze jego sowom, "twoje nowe uzbrojenie nie bdzie potrzebne. Stare
jest wystarczajco ostre, by wyci serce Guldana. Prosta mier."
Prostsza, ni zasuguje na ni zdrajca. "Guldan to marionetka. Zabij go, a jego
wadcy znajd kolejnego wasala, moliwe e wiele pokole pniej, kiedy ty, ja i wszyscy inni
ktrzy go zapamitaj, bd dawno martwi," oznajmi Garrosh. "Maj dobr pami i potrafi
by cierpliwi, kiedy jest to potrzebne. Nie. Nie damy im szansy na przegrupowanie. Zwabimy
ich, ujawnimy i unicestwimy."
Grommash westchn gboko. "Mwisz o niemoliwych zagroeniach, nieznajomy.
Przeznaczone mi jest zosta omamionym przez przeciwnika o ktrym nigdy nie syszaem,
ktry oferuje mi niewyobraaln moc, a sposobem w jaki mam go pokona, jest uycie broni
ktrej nigdy nie widziaem?" Potrzsn gow. "Sowa rzuca si na wiatr. Jak zamierzasz mi
to udowodni? Tym krysztaem?" Skin na dziwny, pokrzywiony kawaek szka, spoczywajcy
pomidzy nimi.
Garrosh skin gow. "Tak, wodzu Hellscreamie."
"Jak?"
Garrosh zastanawia si nad tym przez duszy czas. Prawd mwic, jedynie co mia
to przypuszczenie. Ale byo to dobre przypuszczenie. Dorastajc na zrujnowanym, rozbitym
Draenorze, czsto odwiedza wite miejsce, proszc duchy o odpowiedzi i przewodnictwo.
Nie odpowiaday mu od lat.

Potem przyby Thrall, a duchy pokazay Garroshowi w jaki sposb jego ojciec odkupi
swe winy. Ten moment zaprowadzi go na now drog.
"Chciabym zabra kryszta do Kamieni Proroctwa," oznajmi Garrosh. "Mj wasny
los zmieni si dziki duchom Nagrandu. Licz, e twj take si zmieni."
***
Grommash podrapa si po brodzie. Kamienie Proroctwa.
Wielu szamanw z rnych klanw odbywao wdrwki do owych menhirw, jednak
tylko nieliczni uzyskiwali odpowiedzi od tamtejszych duchw. Jedynie ci z gromem w
sercach, uzyskaj przewodnictwo burzy przeznaczenia, mwio stare przysowie. Grommash
spotka kiedy mdrego, starego szamana, ktry czuwa nad ziemi gdzie stay Kamienie
Proroctwa, lecz sam nigdy ich nie odwiedzi. Nie by jak jeden z wodzw klanu Krwawicej
Pustki, ktry musia okaleczy si, by dojrze przebysk swojego przeznaczenia. On wola
myle, e przeznaczenie trzyma we wasnych rkach.
Jednak ten nieznajomy twierdzi, e prowadziy go duchy. Interesujce. "Jeste
szamanem?" zapyta Grommash.
"Nie."
"Czy moesz kontaktowa si z ywioami?" naciska dalej.
"Nie, wodzu Hellscreamie, ale sdz e ci pomog," odpar nieznajomy.
"Dlaczego?"
"Los yjcych na tym wiecie, spoczywa na twych barkach. Nie tylko orkw. ywioy
odpowiedz na twe wezwanie."
"A jeli tego nie zrobi?" zapyta Grommash.
Nieznajomy nie opiera si "Wtedy wemiesz moj gow. Nie bd jej duej
potrzebowa."
Grommash powoli podnis Gorehowla i ponownie przystawi ostrze do szyi
nieznajomego. Ich oczy spotkay si, bez jednego mrugnicia. "Oferujesz bardzo
niebezpieczn cen, nieznajomy," oznajmi Grommash.
"Loktar ogar. Polegem, jeeli nie mog ci przekona."

Grommash opuci swj topr i zamyli si gboko. Nieznajomy by chodzc


zagadk. Tornado pyta przetoczyo si przez jego myli, jednak adnego nie wypowiedzia na
gos. Na pytania by czas pniej.
Co byo naprawd wane?
Przeznaczenie? Zniewolenie? Honor? Wola walki?
Sabo.
...nie widzisz e jest ju za pno? Zakocz to!
Grommash zamkn oczy. Sabo. To by klucz. Nieznajomy, wystarczajco silny by w
kajdanach przezwyciy czterech wojownikw Wojennej Pieni, ktry walczy tak, jakby
posiada serce Hellscreama, ostrzega Grommasha przed saboci i twierdzi, e potrafi to
udowodni. Stawia na to swoje ycie.
Serce Wojennej Pieni nic nie znaczy, jeeli mzgi macie po ograch, powiedzia
wczeniej. Grommash nauczy si tej lekcji cik drog. Tak bardzo chcia udowodni swoj
wol, e lepo ruszy do walki, ktrej nie mg wygra. Niewidoczny przeciwnik czeka- nie,
liczy na jego lekkomylno.
...to koniec...
Grommash otworzy oczy i umiechn si. "Razem pjdziemy do Kamieni Proroctwa,
nieznajomy. A ja dopilnuj by dotrzyma obietnicy," powiedzia.
Drugi Ork wydawa si zadowolony. "Ciesz si."
Wdz klanu spojrza na guzy i siniaki nieznajomego. "Jeste o siach, by i?"
"Tak."
Grommash podnis si na nogi. Zerkn na wejcie do namiotu i ujrza pierwsze
wiato witu na horyzoncie. "Kamienie nie s tak daleko, a my mamy duo do omwienia.
Jeli to zagroenie jest prawdziwe, jak miabym przekona inne klany? Poza Wojenn Pieni,
niewielu ywi do mnie przyjazne uczucia, nieznajomy."
Drugi ork take wsta. "Ale ywi do ciebie szacunek, a ty bdziesz mg im wiele
zaoferowa. Niewyobraalne upy"
Wstpili w zmienne barwy porannego wiata. Umiech tkwi na ustach nieznajomego.

Cz Pita
Ostatnimi dniami duchy Kamieni Proroctwa byy niespokojne.
Panikoway rano, jak i wieczorem. Przeznaczenie zostao zachwiane. Kto przyby.
Wydarzenia ju zaczynaj si zmienia. Od tamtego czasu ich gos przemieni si w
rozproszone pomruki.
Starszy Zhanak by ju wiadkiem gorszych sytuacji. Przez lata opieki nad menhirami
nauczy si, e duchy nie s spokojne, lecz pene energii. Nie s obojtne, lecz przystosowuj
si do sytuacji. Czasem wpaday w sza. Innymi razy si bay. Czasami chciay rozmawia,
jednak nie dzisiaj. Nie z Zhanakiem, a tym bardziej nie z adnym wdrowcem. Zaakceptowa
to - c innego mg zrobi? - usiad w cieniu i rozpocz medytacj, okazjonalnie spogldajc
na niespokojne ywioy.
Nie jest std. Kim on jest? Kim on jest?
Nie obawia si ich gosw. Przeznaczenie to delikatna kwestia. Czasami duchy
askawie ukazyway przebysk tego, co mogo si wydarzy, lub tego co ju si zdarzyo. Nie
mogy jednak zaplanowa cieki adnego z Orkw, nawet jeli tego by chciay. ywioy mogy
powiedzie tylko to, co same wiedziay, a przecie nie wiedziay wszystkiego.
Czyi szept sprowadzi go z powrotem na ziemi. "Starszy Zhanaku." By to jeden z
szamaskich praktykantw. "Nadchodz wdrowcy."
Zhanak nie zmusi si do otwarcia oczu. Jego wzrok sabn przez ostatnie trzy
dziesiciolecia, a wszystko w odlegoci dwch ramion byo jedynie mieszanin wiata i
cienia. Jednak kiedy ywioy byy po twojej stronie, zanikajce zmysy nie zdaway si by a
tak uomnoci. "Trzech, prawda?"
"Czterech."
Zhanak zmarszczy brwi. Duchy wyczuway jedynie trzech zbliajcych si orkw. "Jeste
pewien?"
"Jeden z nich to wdz Grommash Hellscream. Za nim idzie dwjka stranikw
Wojennej Pieni. Czwartego nie rozpoznaj," odrzek ucze.
"Rozumiem." Zhanak unis skat do. "Prosz, pom mi wsta." Ucze ostronie
pocign starca za rk, podnoszc go na nogi. Sabe kolana drgay jeszcze przez chwil, ale
zdoay go utrzyma. Zadowolony szaman skin gow. Drewniany kij utrzyma go na nogach
wystarczajco dugo. "Powiniene odej, modziecze."
"Nie."

"To nie bya proba," odpowiedzia spokojnie Zhanak. "Rozumiemy si z


Hellscreamem, ale wydaje mi si, e dzisiaj moe by odrobin inaczej. Moe nie by
zadowolony, kiedy powiem mu e musi odej. Nie mam si jednak czego obawia. Mgby
pozbawi mnie gowy, ale czy naprawd zabraby co z krtkiego czasu jaki mi pozosta?
Tobie mgby zabra o wiele wicej. Id." Ucze waha si, ale w kocu odszed.
Zhanak sta w samotnoci, czekajc na Wojenn Pie oraz ich tajemniczego
towarzysza. Zacz sucha uwaniej, bardzo uwanie, gdy szepty duchw byy coraz
goniejsze.
To on. On tu jest. On tu jest. ON TU JEST!
Duchy ponownie wpady w panik. Do Zhanaka zacisna si na drewnianym kiju.
Przeznaczenie to delikatna kwestia, pomyla ponuro. Zobaczmy, czy uda nam si dzi j
obroni.
***
"Klan Czarnej Skay nie wykazuje si przyjaznym nastawieniem, nieznajomy,"
stwierdzi Grommash Hellscream. Omin may kamie na rodku cieki. Dwch stranikw
Wojennej Pieni kroczyo za nim w odpowiedniej odlegoci. "Tak samo klan Zdruzgotanej
Doni. Twoje wisiorki i obietnice im nie wystarcz."
"Kiedy bd przekonani, e maj do zdobycia inny wiat, zechc jedynie wikszej
czci upw. Nie bdziesz zmuszony oddawa im caego Nagrandu," odrzek Garrosh. "Jest
takie miejsce, elazna Kunia - Orkowie Czarnej Skay bd gotowi wiele powici, by j
zdoby. Zdruzgotana Do? Oddaj im ziemie wok osady zwanej Senjin. Pomog im nawet w
jej zdobyciu." I to z przyjemnoci.

Garrosh dalej skrywa swoj rado. Ojciec powanie rozwaa jego sowa.
Grommash ju teraz zastanawia si w jaki sposb poprowadzi zjednoczon ras orkw,
Hord. Wydaje mi si, e powinienem ci podzikowa, Kairozie, pomyla Garrosh. "A jeli
na t chwil to wci za mao," doda, "powiedz im o cudach, jakie zagrabimy Draeneiom."
"Powiedziae, e nie s zagroeniem o ktrym mwi Guldan," rzek Grommash.
"Nie s, ale w pewnym momencie stan na naszej drodze. Lepiej rozprawi si z nimi
wczeniej ni pniej. Zobaczysz," odpowiedzia Garrosh.
Grommash wydawa si nieprzekonany. "Moliwe." Zamilkn, kiedy pokonywali
ostatnie wzgrze. Od Kamieni Proroctwa dzieli ich ju krtki dystans.

Przy pobliskim drzewie czeka na nich Ork. "Starszy Zhanaku," odezwa si wdz
klanu. "Dobrze ci znowu widzie."
Stary Ork, z skatymi i wykrzywionymi przez czas rkoma, opar si na drewnianym
kiju. "Wiele wiosen mino od naszego ostatniego spotkania, wodzu Hellscreamie, lecz sowa
o twoich podbojach dosigy i mych uszu. Przyniose honor Wojennej Pieni," oznajmi z
szacunkiem i ciepym gosem.
Garrosh wystpi naprzd. Jeli mj ojciec jest jego przyjacielem, ja te powinienem
nim by. "Witaj, Zhanaku. Przebyem dug drog i-..."
Starzec przerwa mu wp zdania. "Wiem." Ciepo jego gosu wyparowao. "Jakie jest
twoje imi."
"Przybywam jako nieznajomy, nikt wicej."
"Jakie jest twoje imi, obcy?" Trucizna w gosie Zhanaka sprawia, e Garrosh
pozosta bez sw. Starszy Zhanak unis wykrzywiony palec. "Nie pasujesz tutaj. Duchy
brzydz si tob. cigasz chaos na ten wiat sam swoj obecnoci."
Garrosh zerkn na ojca. Jego oczy przysonio zwtpienie. Ten stary szaman mg
wszystko zrujnowa. "To prawda, pochodz z dalekich krain, jednak-"
"Wyczuwam twoje kamstwa, zanim jeszcze je wypowiesz, obcy." Szaman sycza w
furii. Pokona kilka przemylanych krokw, wpatrujc si prosto w twarz Garrosha, jego yy
byy wyranie widoczne na pomarszczonej skrze. "Samo przeznaczenie dostaje torsji na twj
widok. Pragniesz obali wszystko czym jest ten wiat."
Przytaczajca obecno zdawaa si obarcza jego umys. Duchy naprawd nim
gardziy. Gdybycie wiedzieli, co z przyjemnoci zrobiem z waszymi brami w Durotarze,
zniszczylibycie mnie na miejscu. Sign za plecy po kryszta, szybko odwijajc go z
materiau. "To udowodni-..."
Zhanak wytrci kamie z jego rki. "Nie obchodz mnie twoje niegodziwe sztuczki,"
powiedzia, podnoszc gos. Skaleczy do na ostrych krawdziach krysztau, ale zdawa si
nie zauwaa krwi skapujcej na ziemi. "Wodzu Hellscreamie, oszczdzisz sobie
niewyobraalnego blu i strapienia, jeli bezzwocznie zabijesz to plugastwo. Kady jego krok
bdzie prowadzi do mierci niezliczonych iloci niewinnych. Patrz. Teraz zaprzeczy."
"Niczemu nie bd zaprzecza," warkn Garrosh. Wskaza na lecy w trawie kryszta.
"Obal wszystko. Musz. Ten kamie pokae ci dlaczego."
"Z jego wasnych ust. Sam si potpia," oznajmi spokojnie Zhanak. "Zabij go. Zabij go
teraz."

"Czy wierzysz, e istnieje los gorszy od mierci, Starszy Zhanaku?" Garrosh prbowa
utrzyma szacunek w swoim gosie. Najmniejsza oznaka zlekcewaenia starca zwrciaby ojca
przeciwko niemu. "Nie przynosz pokoju. Przynosz wojn. Chaos. mier. Kady z nas
mgby zgin w agonii po tysic razy, a wci byaby to dobra cena za ominicie tego, co los
przygotowa dla caej orczej rasy."
"Starszy Zhanaku," przemwi Grommash, "ten nieznajomy twierdzi, e wkrtce caa
rasa orkw zostanie zniewolona."
"Stanie si co ma si sta," odrzek Zhanak.
Po tym stwierdzeniu, Garrosh zrozumia jak zacz przemow. "Nie. Nie bd siedzia
bezczynnie, czekajc na utrat wasnej woli." Zwrci si do Grommasha. "Ty take nie
bdziesz. Wiem to."
"Zhanaku," rzek Grommash. "Sam musz to zobaczy. Jeli odnalaz... sabo...
pord naszych ludzi, to musi ona zosta naprawiona."
Zhanak potrzsn gow. "Duchy nie przemwi dzi do ciebie."
"Mam prawo do pytania."
"Ale on go nie ma." Zhanak ponownie wskaza na Garrosha. "Stan na twojej drodze,
jeeli uprzesz si przy zabraniu go ze sob. Bdziesz musia mnie zabi."
Garrosh powstrzyma w sobie ch oderwania starcowi krzywego palca. Twoja mier
sprawi mi przyjemno, stary niedogo, pomyla. "Zostan tu ze Starszym, wodzu
Hellscreamie. Zabierz kryszta. Rozmw si z duchami. To zbyt wane, by czeka."
Grommash sta w ciszy przez dusz chwil, badajc Garrosha wzrokiem. "Starszy
Zhanaku, musz to zrobi. Musz mie pewno."
Na twarzy Zhanaka pojawi si wyrany grymas, tak jakby posmakowa czego
paskudnego. "Dobrze wic. Byle szybko."
Grommash ostronie podnis szklany odamek. "Zosta tutaj," powiedzia do jednego
ze stranikw. "Id ze mn," rozkaza orczycy. Podyli ciek w kierunku pobliskich
menhirw.
Garrosh nie wypowiedzia ani sowa. Oczy mia zwrcone ku ojcu, ignorowa trujce
spojrzenie starca. Stranik Wojennej Pieni uwanie obserwowa Garrosha.
"Jeli pjdzie nie po twojej myli," przemwi stranik, "nie uciekaj. Bdzie o wiele
lepiej dla ciebie, jeeli zaakceptujesz swj los."

"Moe nie pj po mojej myli, ale jeli nie zdoam zmieni jego losu, to dla ciebie
skoczy si jeszcze gorzej," odpowiedzia Garrosh, "a ja wcale tego nie chc."
Stranik mrukn co pod nosem. Garrosh wpatrywa si w odlege kamienie, co
cikiego tkwio w jego odku.
Teraz nic ju nie jest w moich rkach.
***
Grommash wkroczy w sam rodek kamiennego krgu, uprzednio podajc Gorehowla
swojej straniczce. "Nie przeszkadzaj mi i nie zgub tego," powiedzia.
"Tak, wodzu Hellscreamie."
Powietrze byo pene energii. Kady ruch Grommasha wydawa si przeszkadza
duchom. Zhanak nie kama - one nienawidziy nieznajomego. To mogo oznacza, e nie byo
szansy na jakiekolwiek odpowiedzi. Jednak to nieznajomy zapaci za to cen, nie ja, pomyla
ponuro Grommash. Byoby szkoda skraca tak niezwykego orka o gow, ale obietnica to
obietnica.
Grommash unis szklany kryszta w obu doniach i z bliska zbada go wzrokiem.
Ledwo widoczne czsteczki brzowego wiata lniy wewntrz szka, jakby ziarenka piasku
uwizione w jego wntrzu. Fascynujcy przedmiot.
By moe istnia jaki tradycyjny sposb na pozdrowienie duchw. Nawet jeli, to
Grommash go nie zna. Bdzie mwi wprost. Jeli nie odpowiedz, trudno. "Nieznajomy
twierdzi, e los tego wiata zaley od moich decyzji," powiedzia, podnoszc szklany odamek.
"Mwi te, e dowd na to spoczywa w tym krysztale. Udowodnijcie e si myli, a zginie na
miejscu. Pokacie mi prawd, w taki czy inny sposb."
Wiatr zawirowa. Niewielkie pyki ognia, ziemi i krople wody, zostay pochonite
przez wir wiatru wchaniany przez kryszta.
Grommash nie poruszy si, kiedy energia duchw wypeniaa szko. Nie poruszy si
kiedy jasne wiato sparzyo jego oczy, a mga utworzya si pord Kamieni Proroctwa.
Grommash zosta porwany w gr-...
***
W przecigu sekundy, Grommash znikn. Masywna ciana mgy, jakiej Garrosh nigdy
wczeniej nie widzia - na pewno nie kiedy Thrall ukaza mu jego wasn wizj - wypenia
centrum odlegych kamieni. Straniczka na granicy krgu rozgldaa si na lewo i prawo,
prbujc dostrzec swojego wodza we mgle.

Stranika przy Garroshu opanoway nerwy. "Jeli zabie naszego wodza, nieznajomy,
to zginiesz nastpny," warkn.
Garrosh potrzsn gow. "Nic mu nie jest." Sowa te przeczyy nagej obawie, ktra
zawadna jego sercem. Jak zareagowayby ywioy przy kontakcie z przebyskiem innego
wiata, innego czasu? Spanikowayby? Zabiyby Grommasha? "Dokadnie tego si
spodziewaem." To musi zadziaa. Musia by pewny siebie.
Wewntrz mgy nagle rozbyso wiato.
"Nie!" krzykn Starszy Zhanak.
Dwjka orkw odwrcia si w jego kierunku. Starzec upad na ziemi. "Nie!" krzykn
ponownie. "Tak nie moe by!" Stranik uklk, trzymajc go za ramiona. Starzec drga w
konwulsjach.
Widzi to samo, co widzi mj ojciec. Uciliwe uczucie niechci i nienawici do starca
natychmiast przemino. To samo widz duchy. Byy tak samo przeraone jak Starszy
Zhanak.
Garrosh zwrci si z powrotem w stron kamieni i czeka.
***
...dni, tygodnie i miesice przemijay z kadym mrugniciem. Grommash patrzy ze
strachem w oczach.
To wszystko byo prawd. Wszystko co powiedzia nieznajomy, byo prawd.
Wojna, ktrej orkowie nie mogli wygra. Bkitna krew draenei i karmazynowa krew
orkw rozlana na jednym polu bitwy. Przeraajca liczba zjednoczonej orczej rasy, wiksza
ni Wojenna Pie mogaby kiedykolwiek zebra. To jest Horda. Grommash mg ledwo
wyobrazi sobie jej si. Nieznajomy nie zbliy si nawet do poprawnego okrelenia jej
potencjau.
Przeszo dalej wirowaa z czasem. Widzia powolne obumieranie ziemi, kiedy nowa
sia - czarnoksinicy - wzili j w objcia. Widzia zmian orczej skry, plamy zieleni
pojawiajce si nawet na tych, ktrzy nigdy nie mieli kontaktu ze spaczon magi.
Widzia "cud" Guldana, podarunek o niepojtej mocy, od nigdy niewidzianego
dobroczycy. I tak, Grommash by pierwszym, ktry wyszed naprzd i wypi ten podarunek.
Ale nieznajomy myli si. Grommash nie przejmowa si wtedy niebezpieczestwem
mogcym spa na innych orkw. By pierwszy, poniewa nie mg zignorowa jednej myli:
Nikt nie bdzie silniejszy ni ja. Nawet przez moment. Nigdy nie bd saby.

Hellscream wpatrywa si we mgy proroctwa i patrzy jak pije jarzcy si pyn, czujc
jego efekty, tak jakby sam tam by. Czu, jak zmienia si jego ciao. Czu dranic furi, kiedy
jego skra nabieraa zielonej barwy. Czu, jak nowa sia obejmowaa wszystko, czym by.
"Czuj... wielko!" krzycza w wizji. "Dajcie mi skr draenei, a j rozszarpi! Krew
draenei na mej twarzy... spij jej tak wiele jak tylko mog! Dajcie mi ich krew!"
To w istocie byo wielkie.
Byo to take ze. Umys nie nalea ju do niego. To te czu.
Mga niosa go dalej.
***
"Tak nie moe by!" krzycza dalej stary szaman. Dra, macha rkoma, oczy mia
mocno zacinite. lina skapywaa z kcikw jego ust.
Stranik Wojennej Pieni przyglda si Kamieniom Proroctwa. "Czy on umiera?
Hellscream?" zapyta.
Garrosh wskaza na drog. "Id. Ja tu zostan. Jeli bdzie trzeba, wycignij
Hellscreama z mgy."
Stranik nie potrzebowa lepszej zachty. Pobieg w kierunku kamieni. Garrosh uklk
przy Zhanaku, czujc ulg. "Rozumiesz?" zapyta starca. "Dlatego tutaj jestem. By to
powstrzyma."
Starzec chwyci si za pier, jego palce wbijay si w skr przy sercu, wi si i
mamrota. Blizna na jego doni, powstaa od skaleczenia si krysztaem, pozostawiaa
czerwone smugi na jego szacie. "Nie tak miao by. Nie moe tak si sta. Nie tak miao by.
Nie moe tak si sta," powtarza. Jego oddech by szybki i pytki. Otworzy oczy. "Wci jest
szansa. Odkupienie. Odkupienie."
"Tak," odpar Garrosh. "Odkupienie. Dlatego tutaj jestem." Pooy rk na ramieniu
starego orka i poczu szybkie, gwatowne bicie serca. Umiera? Moliwe. "Dam naszym
ludziom odkupienie."
Zhanak zdawa si go nie sysze. "Hellscream ma serce, by wszystko zmieni."
"Tak," zgodzi si Garrosh.
"Serce by si oprze. By walczy. By zjednoczy wszystkich orkw. By ich
poprowadzi."

Garrosh usiad, kadc gow szamana na swoich kolanach. "Tak. Serce do wszystkich
tych rzeczy. I do wielu innych." Poklepa go lekko po ramieniu. Przynajmniej ten stary
gupiec rozumie.
"Pokj... moemy ujrze pokj..."
Garrosh zatrzyma rk.
***
Loktar Ogar. Zwycistwo albo mier. Wizja pokazaa obie. Zwycistwo przeciwko
draenei oraz mier tego wiata pod spaczon magi demonw.
Same ywioy czekaaby mier. Grommash czu ich przeraenie poprzez drgania
Kamieni Proroctwa. Wizja bya dla nich podobnym zaskoczeniem, jak dla niego samego.
Potem nadszed kolejny wspaniay pomys Guldana - inwazja na nowy wiat. Azeroth.
Horda szarowaa przez portal, zwyciajc, niszczc miasta, zabijajc kadego, kto stan na
jej drodze.
Zwycistwa nie trway dugo. Kiedy nadesza poraka, bya ona totalna. Orkowie
ktrzy przetrwali, skoczyli jako winiowie w ludzkich obozowiskach.
Nie walczyli o wolno.
Nawet ci z klanu Wojennej Pieni. Nie walczyli o wolno. Ich przeklta sia znikna,
pozostawiajc ich w apatii.
Nasze dusze. Nasze dusze odejd w niepami. Grommash by bliski paczu.
***
Oczy Zhanaka skieroway si ponownie na twarz Garrosha. "Ty widziae. Ty wiesz.
Zjednoczeni orkowie. Bronicy si nawzajem. Chwalebnie. Hellscream moe poprowadzi
swoich ludzi w ten sposb. On ma do tego serce. Chwalebnie..."
"Tym jest wanie Horda, Starszy Zhanaku," odpowiedzia Garrosh.
"Hellscream moe to unie. Moe to przezwyciy. Spaczenie nie bdzie naszym
kocem." zy spyway po twarzy Zhanaka. Jego gos przepeniaa rado i nadzieja. "Jeden
wiat w ruinach, ale drugi silniejszy ni kiedykolwiek. Powicenie Hellscreama uratuje nas
wszystkich. Ty to widziae..."
Wizja ponownie przeja nad nim kontrol, na nowo zacz dre.

Garrosh rozejrza si. Dwoje stranikw kroczyo na granicy mgy, zapewne debatujc
czy powinni przerwa wizj. Nikogo innego nie byo w zasigu wzroku. Jeli ten szaman mia
opiekunw albo uczniw, to nie byli oni w pobliu.
"Widziaem to," powiedzia. Zatka nozdrza szamana jedn rk. Drug przykry jego
usta. "I nie zobacz tego nigdy wicej."
Guche charczenie przekradao si przez jego palce, jednak powietrze nie docierao ju
do puc szamana. Zhanak wycign szponiaste rce w stron Garrosha.
"Przodkowie powitaj ci w swoim domu," mrukn Garrosh, wpatrujc si w
horyzont.
Czeka a drganie ciaa ustanie, a charkot i bicie serca ucichn. Ucichy. Czeka dalej,
liczc do trzydziestu.
Ostronie uoy go na ziemi. "Przodkowie powitaj ci w swoim domu," powtrzy
dobitnie Garrosh. Starzec by szanowany nawet przez Grommasha Hellscreama. Szkoda, e
musia umrze.
Garrosh wyruszy w kierunku Kamieni Proroctwa. By moe ywioy bd wcieke za
to, co teraz zrobi. Lub te niczego nie widziay. Wizja zdawaa si kompletnie je pochon.
A to przypomina mi...
Gorehowl spoczywa w rkach jednego ze stranikw Grommasha. Garrosh sign po
niego z umiechem.
***
Niewola. Honor. mier. Orkowie poza obozowiskami musieli walczy o rodki do
ycia na tym nieprzyjaznym wiecie. Nawet Grommash Hellscream, ork o elaznej woli i
olbrzymim sercu, nieustraszony przywdca Wojennej Pieni... prowadzi aosn walk z
letargiem i zwtpieniem, zmuszony do ukrywania si przed najedcami orkw, w sekrecie
podajc mierci.
Jego myli odzwierciedlay jej gos. Gos Golki. W kocu zrozumia. Nie bya saba. Ani
przez moment. Jak mg tego nie dostrzec?
...daj mi mier wojownika, na jak zasuguj...
"Tak nie moe by!" zawy Grommash. "To si nie moe sta!"

ywioy odpowiedziay echem. Nie. Moe. Si. Sta. Demoniczne zepsucie wyplenioby
je w ten sam sposb. Cierpieliby wszyscy.
To si nie moe sta. Nigdy. Determinacja Grommasha wtopia si w jego koci.
Determinacja i wcieko. Mj klan nigdy nie upadnie tak nisko. Zapac kad cen, by nie
spotka nas ten los.
Kad.
Wizja trwaa. Nowy ork, wychowany przez ludzi, zmuszany do walki ku ich uciesze.
Mimo e silny, by poniany i regularnie bity. Nadano mu nawet imi. Thrall. Wkrtce zacz
marzy o ucieczce, i-...
"Gupcy! Wycignijcie go stamtd!"
Gos dochodzi spoza wizji. Grommash go zignorowa. Co w tym momencie miao by
waniejsze ni wizja? Patrzy, jak we mgle mody ork zaczyna czyta-...
"To zabio tego szamana! Musimy przerwa wizj!"
Rkoje Gorehowla pojawia si w zasigu wzroku - jego prawdziwego wzroku - i
spada w d. Bl rozszed si po nadgarstku Grommasha. W odruchu otworzy do, a
szklany kryszta, rdo tych przeraajcych wizji, spad na ziemi. Mga rozmya si, a wizja
razem z ni.
To by koniec.
Grommash upad na kolana, apczywie apic powietrze.
"Wodzu Hellscreamie!" Klcza przy nim nieznajomy. W doni trzyma Gorehowla.
"Jak si czujesz?"
Grommash powoli odzyskiwa spokj. Bardzo powoli. Podnis oczy dopiero gdy
ustabilizowa si jego oddech. Wok nich wci kry wiatr. ywioy dalej wydaway si
strapione.
W kocu, Grommash powsta. "Oddaj to," przemwi, wycigajc rk. Nieznajomy
poda mu Gorehowla. "Dlaczego mi przerwae?"
Nieznajomy wskaza rk poza granic kamiennego krgu, w kierunku drzewa gdzie
czeka na nich szaman. "Wizja zabia Starszego Zhanaka, Hellscreamie," wyjani. "Nigdy nie
mylaem e moe si ona sta tak niebezpieczna. Baem si, e ciebie take zabije."

"Jego serce nie mogo znie tego, co ja zobaczyem." Grommash zapa nieznajomego
za gardo i cisn nim na jeden z kamieni. Chwil pniej, przystawi mu topr do garda. "Co
dziao si dalej?"
"Co?" zapyta nieznajomy.
"Widziaem zniewolenie i mier. To nie mogo si tak skoczy. Ostrze Gorehowla
napierao na szyj Garrosha, milimetry dzieliy topr od skry orka. "Co stao si ze mn? Co
stao si z moim klanem?"
"Walczye do koca, Hellscreamie. Ty, jak i wszyscy inni." Zdawao si, e nieznajomy
z niechci zdradza ten fakt. "Ale byo ju za pno. Wyrwano nam serca. Czy teraz to
widzisz? Cen za moc Guldana jest-..."
"Wszystko," przerwa mu Grommash. Jego gos by ochrypy. Powoli oddali
Gorehowla. "Cen jest wszystko."
"Tak. Ale widziae co jeszcze, Hellscreamie."
Oczy Grommasha zdaway si by udrczone. "Co?"
"Widziae si w jednoci," oznajmi cicho nieznajomy. "Orkw maszerujcych pod
jednym sztandarem. Wyobra sobie to, bez tyranw sprawujcych nad nami wadz. Bez
spaczenia. Wyobra sobie. Hord pod przywdztwem Wojennej Pieni. Jakie mielibymy
wtedy przed sob bariery? Kto stanby przeciwko nam?"
Grommash odwrci si do niego plecami. Jego umys pracowa na penych obrotach.
"Sabo. Przeceniaem swoj moc, doprowadzioby mnie to do ruiny." Oh, Golko.
Przyrzekam e bd mia twoja si. Jeli polegn, to polegn w walce... Przelej oceany
krwi, by unikn losu jaki pokaza mi nieznajomy. Nawet moj wasn krew. Przysigam.
"Tak, wodzu Hellscreamie," odpar nieznajomy. "Ale teraz wiesz, z czym si mierzysz.
Wrogowie tylko czekaj, by nas zniewoli. Wadcy Guldana. Ci z innego wiata. Kto inny
oprcz ciebie mgby stan do takiego wyzwania? Kto inny oprcz ciebie mgby sta si
ojcem wszystkich klanw?"
Nikt. Nikt inny. Nikt oprcz niego nie widzia potwornoci jakie nioso przeznaczenie.
Nikt oprcz niego nie powiciby wszystkiego, by ich unikn.
"Ten inny wiat nas obali. S silni. My musimy by silniejsi." Grommash czu ryk w
swojej duszy. Ja bd silniejszy. "Moemy polec, nieznajomy, ale nawet jeli, to zginiemy
prbujc. Czy nie?"
"Lok-tar ogar," odrzek nieznajomy.

"Lok-tar ogar," powtrzyli cicho stranicy.


Grommash podnis Gorehowla do wysokoci oczu, badajc swoje odbicie w metalu.
"Nigdy nie bdziemy niewolnikami. Nie na tym wiecie, ani na adnym innym." Unikniemy
tego losu za kad cen, powtrzy w mylach. Grommash spojrza na swoje odbicie, a
nastpnie na nieznajomego. "Przypominasz mi kogo."
"Kogo?"
J, nie powiedzia Grommash. To nie byo moliwe. Ale czy przed chwil nie widzia
niemoliwego na wasne oczy? "To nie ma znaczenia. Ile mamy czasu, nieznajomy?"
"Miesice. Nie wiem nic poza tym."
"Guldan nie moe si o niczym dowiedzie. Chcemy, aby by lepy, nim ten dzie nie
nadejdzie." Zwrci si do dwjki stranikw. "Biegnijcie do obozowiska. Powiedzcie
zwiadowcom, by byli gotowi. Bdziemy musieli wysa poufne wiadomoci do pozostaych
klanw. Idcie!"
Nie wahali si. Grommash i nieznajomy patrzyli z daleka, jak biegn w stron
obozowiska.
"Musimy ich ostrzec, aby nie zastanawiali si nawet nad kontaktem z t now moc
Guldana," mrukn Grommash. "To nie bdzie proste."
"To prawda."
Grommash wpatrywa si w nieznajomego przez dusz chwil. "Bdziesz walczy za
Wojenn Pie?"
"A do mierci."
"Tak mylaem. W istocie masz serce Wojennej Pieni. Pozosta przy moim boku.
Przed nami duga droga.
Oczy nieznajomego zabysy.
"Kady jej krok sprawi mi przyjemno."

Przekad: Quass